Raport 1992
"... Popioły. Wyje wiatr i załoga. Prawie pełnia. Nic tylko dziczyć. Wcześniej postawiliśmy dwie sieci-samołapy i wykopaliśmy kilka wilczych dołów. Nastrój walki ciągle się potęguje. Postanowiłem z Jolą sam walczyć z prawie setką rozjuszonych słoni. Po kilku minutach czołgania się po wale wypadam z reflektorem w rękach: ryk z ust i pęka mi woder. Zgubiłem latarkę. Jola leży przerażona na wale i krzyczy. Słonie szarżują. Jest ich 12. Biorą wysoki łuk w powietrzu, ostrzą dzioby. Ja zrzucam szmaty i szturmuję w gaciach. Wyję, rzucam błotem, naśladuję po kolei wszystkie znane mi ryki słoni. Słonie zniżają lot, chyba odstępują od zamiaru ataku na mnie. O Ka, biorą kurs na sieć, coraz bliżej. Są, 3-4 poszły górą w przestrzeń kosmiczną, reszta dołem. J e d e n w a l n ą ł w s i e ć ! Drugi wisi za nogę i trąbę. Spada do wody, ryczy rozjuszony, ale odlatuje. Jeden jest!!!!! Ale co taki mały? Dramat, czyżby Słoń Mały?? Nie, to niemożliwe. Walę go dla pewności w łeb, daję zastrzyk usypiający i macam. Ciężki jak cholera. Pakuję go do wora. Wchodzi tylko do połowy. Ciągnąc go za nogi i trąbę docieramy do obozu. Reflektory i ... JEST SŁOŃ WIELKI. Kobiety mdleją, część wymiotuje, szef skacze z radości .."